Ej ej ej co sprawdź to

No heja to pierwszy post dziękuje że wpadłeś <3 jak hehe śliwka w kompot  Na wstępie zaznaczę usprawiedliwiająco, że moje dotychczasowe doświadczenie z prowadzeniem bloga ogranicza się do pisania fan stories o tokio hotel ZANIM TO BYŁO MODNE więc nie będzie to kolejny fancy wygłaskany blog, a taki tam paint style.

Skąd pomysł na taką aktywność? Powodów musiało zebrać się bardzo wiele, żebym zebrała się do takiego wielkiego jak na me skromne żyćko czynu.

Po pierwsze: współlokatorzy, z którymi żyłam na przestrzeni ostatniego pół roku.
Sama wegetarianką jestem od kiedy moja mama przyniosła do domu Miśka, czyli naszego pieska. Gotuję i piekę dla przyjemności od kiedy skończyłam nie wiem, może 13 lat więc jakieś skromne doświadczenie w tej kwestii mam. Jednak mieszkając na Islandii od początku 2018tego moje skille i motywacje do gotowania powoli opadały (long story), aż doszło do tego, że miesiąc przed wyjazdem z Islandii włączyłam do diety ryby. Jak dla mnie to już nie jest wegetarianizm, ale widocznie potrzebowałam zrobić coś niemoralnego. UPS

Kiedy w maju 2019 przyjechałam do Polski i zamieszkałam z Moniką i naszą znajomą, muzgownica powoli zaczynała sobie przyswajać, że tak, jedzenie ZDROWO jest możliwe a gotowanie może być przyjemnością. Tutaj buziaczki ślę Moni. Od niej nauczyłam się, że można jeść ser bez wyrzutów sumienia, że można mrozić chleb i dogadzać sobie w kuchni gdzie to tylko możliwe.

W grudniu nastąpił powrót na Islandie - tu zamieszkałam z veganem Martinem, pozdrawiam chociaż i tak nic z tego nie skuma, który jest personal trainerem i ma ogromną wiedzę na temat oczyszczania organizmu a także ma swoją fermentation station good vibration.

W pewnym momencie naszej rozmowy padło, że aby być szczupłym nie wystarczą same treningi, a oczywiście liczy się też dieta. A więc postanowiłam spróbować trochę hehe poweganić i zobaczyć co z tego wyjdzie.

Wyszły z tego potrawy, którymi mam ochotę się podzielić. Chęć zdrowej wegańskiej diety i wysokie wymagania smakowitości powodują, że gotuję niemal codziennie.  Ponieważ czasem gotuję według "tradycyjnych" receptur,  a w naszym lokalnym sklepie (jedynym w obrębie 100 km) chyba zawsze brakuje jakiegoś składnika, nowe potrawy kreują się same, a ja jako obserwator tego procesu chyba chciałabym je zachować.

Jeszcze co do miasteczka, w którym przebywam - jest to położone nad oceanem, otoczone dwoma górami młode miasteczko, które zamieszkuje 3000 tysiące ludzi no i jest tu przepięknie i baaardzo spokojnie. Sklep mamy jeden, restauracji tudzież barów z 5, no i jakoś się trzymamy. Najbliższe miasto, w którym można zaopatrzyć się w nieco inne produkty położone jest o godzinę drogi w kierunku Reykjaviku. Nieczęsto tam bywam, ponieważ nie mam samochodu. Od samego Reykjaviku dzieli mnie chyba ok. 200 km.

A więc zachowam tu przepisy oraz life-hacki, okraszając je pewnie wcale nie fancy zdjęciami :) Czasu wolnego mam dużo, tematyka się znalazła, a za pisaniem i trochę tęsknie, a to dlatego, że po skonczeniu studiów (dzięki którym praktykowałam recenzje i takie tam) zupełnie zaniechałam tego rzemiosła. Więc wszystko się pięknie składa. I tak sobie jakoś radzimy na tej Islandii.

Pozdrawiam wszystkich, którzy przebrnęli do końca, trzymajcie się
Ola D.


Komentarze

Popularne posty